|
Biuro Rynek - Ratusz 24 50-101 Wrocław tel./fax 071.344.10.46 tel. +48.607.717.225 e-mail: w.geras@okis.pl |
2007 WROSTJA trwają dalej Tegoroczne 41. międzynarodowe Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora (WROSTJA) to swoisty kombajn, który toczy się najpierw we Wrocławiu, a potem po różnych dolnośląskich scenach, by na końcu trafić do Torunia. We Wrocławiu festiwal mamy już za sobą. «Artyści dwa razy odbierali nagrody. Laureatka najbardziej prestiżowych - ukraińska aktorka Lidia Danylczuk grała "Ryszarda po Ryszardzie" (wg "Ryszarda III" Szekspira) nie tylko we Wrocławiu, ale już także w Bolesławcu i Legnicy. Wszędzie przyjmowana entuzjastycznie, bo to jeden z najwybitniejszych spektakli w historii wrocławskich festiwali. Tytuł adaptacji podpowiada wszystko. Dostajemy wypreparowaną postać króla Anglii z dynastii Yorków, który siekał swoich krewnych i konkurentów do korony jak... kapustę. I głowy kapusty dominują w tym przedstawieniu. Danylczuk sieka je z wprawą zawodowego kucharza i tym siekaniem zaprzecza człowieczeństwu swojego bohatera. Jakby chciała powiedzieć, że ktoś tak okrutny nie może być człowiekiem. Ten przejmujący spektakl ma wiele pięter skojarzeń. Nie mniejsze zachwyty wzbudził popis aktorski Jerzego Treli w "Rozmowach z diabłem..." opartych na eseju Leszka Kołakowskiego. Inne środki aktorskie, inny stosunek do bohatera, ale tak samo zapadający w pamięć monodram. Dla tych dwóch przedstawień warto było zorganizować festiwal, a przecież mieliśmy jeszcze mocny szekspirowski akcent z Armenii. Myślę o Ofelii pięknej i młodziutkiej Miriam Ghazanchian oraz o poruszającym Learze z "Prezydenta" Armena Santrosjana. Jednym tchem dodać jeszcze muszę "Hamleta 24.00" Piotra Kondrata z Wałbrzycha i "Fal/Staffa" [na zdjęciu] Krzysztofa Gordona z Gdańska. Nurt szekspirowski był artystycznie najciekawszym zjawiskiem festiwalu. Wszyscy czekaliśmy na konkurs, w którym w szranki stanęło ośmioro aktorów zawodowych i dwie laureatki ze Zgorzelca. Nagrody rozdawało indywidualnie pięciu profesorów z Gdańska, Warszawy i Wrocławia, w tym prorektor warszawskiej Akademii Teatralnej. Każdy miał w kopercie 2 tysiące zł. Janusz Degler i Bogusław Kierc dali je Tomaszowi Błasiakowi z Warszawy za "Kwiaty dla Algerona", a wspomniany prorektor, Jarosław Gajewski, swoją kopertę wręczył Wioletcie Komarównie ze Słupska za "Przyj, kobieto, przyj" wg Tadeusza Różewicza. Natomiast Jan Zdziarski i Andrzej Żurowski nagrodzili amatorkę, studentkę III polonistyki z Dębna, Magdalenę Tkacz.» "WROSTJA trwają dalej" Krzysztof Kucharski Polska Gazeta Wrocławska nr 273 22-11-2007 OFTJA - odsłona pierwsza Początek XXXVI Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora we Wrocławiu relacjonuje Karolina Barańska w portalu kulturalnym G-Punkt. «Początek 36. Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora za nami. Odbyły się cztery spektakle konkursowe, dwa występy laureatek Ogólnopolskich Spotkań Amatorskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora w Zgorzelcu oraz pokaz mistrzowski Jarosława Gajewskiego. Pierwszym konkursowiczem był Janusz Łagodziński z Warszawy, który zaprezentował autorski monodram "Oczekiwanie", swym przekazem świetnie wpisujący się w festiwalowe realia - to zapis refleksji aktora, który próbuje zdobyć zainteresowanie i przychylność widowni. Następnie wystąpiła Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska z Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie ze spektaklem "Syn" Michała Siegoczyńskiego. Opowiedziała historię kobiety przegranej - uzależnionej od alkoholu i narkotyków, zarabiającej na swe bezsensowne życie prostytucją. Nie mogło oczywiście zabraknąć najbardziej chwytliwego ostatnimi czasy "zagubienia jednostki w świecie kultury masowej", co twórcy spektaklu starali się przedstawić przede wszystkim za pomocą projekcji multimedialnych. Antoni Ostrouch z Warszawy zaprezentował "Strategię dla dwóch szynek" Raymonda Cousse'a. Przez ponad godzinę wcielając się w rolę świni, przybliżył nam każdy moment rozwoju tego zwierzęcia. Ba, był to niemal traktat, ponieważ wieprz-narrator jest zdecydowanie istotą głęboko refleksyjną. Spektakl po pewnym czasie zaczyna nużyć ze względu na mało atrakcyjny tekst, a przyjęta konwencja aktorska (chrapliwy głos, pochrumkiwania i granie prawie na czworakach) szybko się wyczerpuje i zaczyna irytować. Tadeusz Ratuszniak z Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy był ostatnim konkursowiczem pierwszego dnia OFTJA. Wystąpił z monodramem "Jonasz", do którego scenariusz napisał wspólnie z Anną Wieczur-Bluszcz. Autorzy bazowali wprawdzie na biblijnej księdze Jonasza, ale ich prorok jest niezwykle współczesny - jeździ tramwajami, słucha płyt, mieszka samotnie w swoim małym mieszkanku. Szkoda, że jego proroctwa okazują się dość naiwne - wprowadzenie wulgaryzmów to za mało, by stworzyć nowoczesny przekaz, który publiczność "kupi". Następnie rozpoczęły się występy laureatek OSATJA. Magdalena Tkacz z Dębna wystąpiła w spektaklu "Oszalała" Anatola Wierzchowskiego. Opowiedziała historię prostej, wiejskiej kobiety, której ulubionym zajęciem jest spacer po cmentarzu i rozmowa z duszami pochowanych na nim ludzi. Nieakceptowana przez otoczenie, a nawet przez własne dzieci, pogrąża się w swoich prostych, ale urzekających przemyśleniach, żyje przeszłością. Trudno znaleźć jakikolwiek słaby punkt przedstawienia. Aktorka czuje się na scenie niezwykle pewnie, potrafi stworzyć świetny kontakt z widzem, jej gra jest przemyślana i autentyczna. Drugą laureatką była Katarzyna Pielużek z Gorzowa Wielkopolskiego, która pokazała monodram "A dzieci nie chcę mieć" na podstawie książki "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze" Aglai Veteranyi. Ten świetny monolog to pozbawiona ozdobników relacja rumuńskiej dziewczynki, dorastającej w rodzinie cyrkowców. Postrzega ona świat przez pryzmat cyrku, a życie jest dla niej ciągłą tułaczką, po tym, jak rodzice nielegalnie opuścili swój kraj. Veteranyi stworzyła postać bardzo skomplikowaną, niejednoznaczną - jej myśli są ciche, płoche, zapisane jakby na niepotrzebnych skrawkach papieru. Wszystko już przemyślała i teraz po prostu bez emocji o tym mówi. Czasem jednak bohaterka akcentuje siebie bardzo wyraźnie. Pielużek zagrała te fragmenty, krzycząc. Ale krzyków, wrzasków i bieganiny na oślep jest w jej interpretacji bardzo dużo. Po początkowym zaskoczeniu muszę przyznać rację takiemu odczytaniu tekstu, gdyż najlepiej oddaje atmosferę cyrku i taniej, głośnej rozrywki. Ostatnim występem pierwszego dnia Festiwalu był pokaz mistrzowski Jarosława Gajewskiego, prorektora Akademii Teatralnej w Warszawie i aktora tamtejszego Teatru Narodowego. Zaprezentował on przezabawną "Opowieść o okrutnym zbójniku Folsztyńskim i nieszczęsnym kacie Holczuszce" Milana Zelinki, wcielając się w mnóstwo postaci. Każdą zagrał znakomicie i sugestywnie, co chwilę rozśmieszając publiczność. I znów okazało się, że w monodramie liczy się tylko aktor. Wystarczył bowiem znakomity gawędziarz i najprostsza scenografia - zwykłe krzesło na środku sceny, by powstał świetny spektakl.» "OFTJA - odsłona pierwsza" Karolina Barańska http://www.g-punkt.pl 22-11-2007 Szekspir w wielu wcieleniach 20 lutego 2008, 19:15 Natalia Budzan pisze o festiwalu WROSTJA (15-18 listopada 2007) Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora, czyli WROSTJA, miały w tym roku królewski wydźwięk, a to za sprawą Szekspira w teatrze. Okazuje się, że teatr bardzo kameralny, może nawet prowincjonalny, mianowicie Teatr w Koszyku ze Lwowa, może przygotować ambitny spektakl, nie ramotę na koturnach. Lidia Danilczuk zagrała „Ryszarda po Ryszardzie”, stylistycznie bliski grotesce, nawet jako kabaretowo-cyrkowej śmieszności, gdyby nie zabójcza precyzja aktorki zdejmującej cyfry-sztylety z tarczy-zegara, odmierzającego koniec króla zabójcy. Głowy wrogów leciały ścinane dosłownie jak główki kapust, przez chwilę aktorka była też szekspirowską Kleopatrą, tulącą węże – kapuściane bliźniaki (wola mocy podszyta Freudem). Plemienne okrzyki trwały może za długo, ale tak jest zwykle, gdy biją się o władzę w nienawykłym do demokracji kraju. Aktor-marioneta Lidia Danilczuk zdobyła Nagrodę Publiczności im. Lidii Zamkow i Leszka Herdegena oraz Nagrodę Dziennikarzy imienia Ryszarda Burzyńskiego. Osobna klasa to spektakl Jerzego Treli, który za „Rozmowy z Diabłem – Wielkie Kazanie Księdza Bernarda” otrzymał Nagrodę Wojewody Dolnośląskiego. Mędrzec Leszek Kołakowski ze złem rozprawił się ze smakiem, pojawiły się tu aluzje do tradycji romantycznej, francuskiego Oświecenia, Tołstoja i Witolda Gombrowicza, a dodatkowo pozwolił na to wszystko spojrzeć z góry, jak to teraz Ameryka w polityce „kręci”, zło zwalczając siłą zła. I tak w końcu ksiądz i diabeł przeistacza się jakby w jajogłowego doradcę, zajętego etyką polityki filozofa. Scenografia spektaklu była wspaniała i tylko niektórzy myśleli, że to żarty, z tym gadaniem o grzechu, gotowi na oglądanie teatru jako rozrywki. Z gombrowiczowskiego orszaku gęb, króla, Ofelii, złodziejaszka jakoś nie został dostrzeżony pijak. A bo to taki grzeszek pospolity i z nim, jak to bywało, mówił Jan Paweł II: „nie słuchają”. Ośrodek Kultury i Sztuki przyznał nagrodę za spektakl „Siemion Zacharycz” rosyjskiemu aktorowi z Estonii. Wiaczeslaw Rybnikow grał wedle najlepszych wzorów szkoły stanisławowskiej, żarliwie i całym sobą i było to świetne studium choroby alkoholowej według Fiodora Dostojewskiego (ze „Zbrodni i Kary”). Temperatura była wysoka i cień aktora olbrzymiejący i malejący był jak cała podwójność natury ludzkiej: i śmieszność jej, i tragizm W mroku można było domyślić się olbrzymich portowych doków, dźwięk katarynki to natrętny szum miasta, a jednocześnie aluzja do „powtarzającej się” płyty chorego. „Teraz takie czasy, że nikt ci nie pożyczy”, narzekał pijak Marmieładow na mocnym wejściu. Wspaniała, Boschowska wizja wszystkich pijaków grzeszników na sądzie boskim to był niewątpliwie teatr religijny. Grand PRIX GERAS zdobyła „Śpiewogra Madonny z Pinegi”, w której niewątpliwy urok aktorki, Natalii Kuzniecowej, podbił publiczność. Sztuka Igora Abramowa to ciąg wspomnień chłopki o wędrówkach, które w oczach części widzów nie były podyktowane przez kolejne pięciolatki stalinowskie, ale przez dziwaczne pomysły męża bohaterki. Groza gdzieś wyciekła w tym spektaklu. Pozostała refleksja, że z najgorszych czasów cierpliwi ludzie wolą pamiętać najlepsze chwile młodości. Ale Abramow nie rozśmieszył mnie. Na równi Grand Prix otrzymał „Fal/staff”: nagrodzono Krzysztofa Gordona – doświadczonego aktora, który w postaci szekspirowskiej ukazał też wszystkich złodziejaszków i zbrodniarzy, kręcących się wszędzie tam, gdzie trwa walka o władzę. Czyż Lenin nie wykorzystał świadomie elementu kryminalnego na początku rewolucji? Dziś też łatwo zobaczyć w „Fal/Staffie” aluzje do układów polityczno-mafijnych. Zaskoczeniem dla jurorów była „Czarna Ofelia”, jak ją trafnie określił Krzysztof Kucharski; świadoma swej kobiecości Mariam Ghazanchian z Armenii ukazała udręczoną Ofelię, dla której choroba jest ucieczką z nieznośnego świata, w jakim pozostaje opuszczona. Szekspirowskie dramaty ukazują często rubaszność i grozę pospolitości, jak też hamletowskie rozterki młodości. Polski Hamlet we wcieleniu Piotra Konrada był pomyłką – nie można robić na siłę teatru Szkotaka, wtórne eksperymenty aktora przekonały, że czasem pierwsza intuicja i wrażenie jest trafne, potem może być już tylko gorzej; Konrad postawił sobie za zadanie rozwinąć rolę, ale nie powiodło się. Znowu Haik Zorikian, młody ormiański aktor, pokazał spektakl, który nie był czysty gatunkowo, nie była to np. wyłącznie pantomima, ale jego propozycja „Hamleta” wydaje się wdzięczna. Śmieszny patos w stylu kiepskich włoskich filmów dało się odczuć w spektaklu „Amok” na podstawie opowiadania Zweiga, aktor zmęczył się, opowiadając i machając rękami, tak że nie poradził już sobie ze świecznikiem... W Anglii okrzyczano go znakomitością, ale czasem wybory takie wyglądają na polityczne, niestety. Szczere oklaski słusznie zebrał Oleg Czeczeniew z Białorusi, który po rosyjsku zagrał sztukę „Błękitny samochód” Jarosława Stelmacha, partytura gry była tu opanowana doskonale i okazuje się, że nawet z drugorzędnej sztuki można zrobić dobry spektakl. Daleki od szekspirowskich rozterek był bohater słowackiej sztuki „Cuda Danki” – realizm i mimowolny liryzm czesko-słowackiego humoru i „romansu” ma dla Polaków szczególne miejsce. „Samotnik”, autorska sztuka Petera Tate, to jakby daleka paralela współczesnego, nieprzystosowanego Hamleta, który wyjeżdża z Anglii do Nowego Jorku. Nie ma wesołego Yoricka, jest smutek samotności i odkrywanie blagi słowa, przy czym odkrywanie siebie i zrozumienie znaczenia w zetknięciu z niepokojącym, obcym, dzikim może nawet żywiołem miasta molocha. To był spektakl poetycki i zagrany z kulturą sceniczną, jak zauważyli przybyli krytycy i ludzie z Towarzystwa Przyjaciół Teatru. WROSTJA nie są dla snobów; miło, że pojawiają się te same osoby, ale ciekawie byłoby, gdyby festiwal trochę przewietrzyć, a dwie sztuki proponowane z repertuaru Jarosława Stelmacha nie zapowiadają najciekawiej przyszłorocznych Spotkań. Nie traćmy jednak nadziei, że będą i perły! [tytuł od redakcji] Natalia Budzan |
||
|
© content WROSTJA | Popraw stronę |